Menu
logo irlandia.ie

Wywiad z Renatą Ledzińską – polonijną artystką malarką

- Jak zaczęła się Twoja przygoda ze sztuką i z malarstwem?

To wszystko się zaczęło, gdy miałam 19 lat. W tamtym czasie nie przejawiałam żadnego zainteresowania malarstwem, raczej rysowałam notorycznie w zeszytach szkolnych. Wtedy dostałam w prezencie farby olejne, a jak już miałam takie profesjonalne farby to stwierdziłam, że ich użyję. Mój pierwszy obraz namalowany był na desce-półce, wyciągniętej z mebla rodziców, zagruntowanej zwykłą emulsją. To był zachód słońca na wzór tego z pocztówki. Moje dzieło stało pod ścianą i byłam zadziwiona jak długo schnie i jak pięknie pachnie. Wszyscy moi goście i koleżanki, a nawet moja rodzina była pod wielkim wrażeniem, że udało mi się stworzyć coś takiego. Ja sama byłam w szoku, że to namalowałam.  I tak przez następne kilka lat próbowałam wielu rzeczy, uczyłam się. Nie miałam wtedy jeszcze  własnej koncepcji na moje malarstwo ani własnego stylu. Jednak zmierzało to w kierunku malarstwa symbolicznego. Pierwszy taki obraz namalowałam przed urodzeniem mojej córki – nazwałam go „Macierzyństwo”. Ale definiować to, co malowałam, zaczęłam dopiero jakieś 3 lata temu. Dziś nazywam to „Spersonalizowanym Malarstwem Symbolicznym”.  

- Czy uczyłaś się malarstwa?

Nie, nigdy nie uczyłam się malarstwa. Nawet do książek, które kiedyś sobie kupiłam o malowaniu olejnym nie zaglądałam. Zupełnie nie miałam zapału do nauki malowania. Od początku sama czułam farby olejne. Intuicyjnie wiedziałam ile dodać pokostu, oleju lnianego czy terpentyny. Sama tak naprawdę nie potrafiłabym nikomu wytłumaczyć dlaczego na palecie mieszam materiały w takich, a nie innych proporcjach. Wujek powiedział mi kiedyś: „pomieszaj farbę z terpentyną i olejem lnianym” i było to dla mnie tak proste, jak to właśnie brzmiało.

- Czym jest dla Ciebie kobiecość, i jak ona się wiąże z Twoją kreatywnością?

To właśnie przez poszukiwanie mojej kobiecości znalazłam się w obszarze malarstwa. Zawsze czułam, że kolory są ze mną w bliskiej relacji. Potrafiłam określić, jaki kolor mnie uspokaja, jaki ożywia, jaki inspiruje, jaki ugruntowuje. Intuicyjnie wiedziałam, że aby pojąć i zrozumieć pewne zjawiska mogę użyć do tego koloru. Gdy czułam, że potrzebuje koloru brązowego to malowałam sobie obraz z tematem w tym właśnie kolorze. Tak powstała „Brązowa Kobieta”. Poprzez namalowanie tego obrazu zintegrowałam w sobie i określiłam kobiecość w tamtym czasie. Teraz pewnie powstałby zupełnie inny obraz, bo przecież każdy z nas w pewien sposób ciągle ewoluuje.  Kobiecość i kreacja to dla mnie takie synonimy. Są nierozłączne dla mnie, bo jestem kobietą.

- Czym jest dla Ciebie kreatywność?

Kreatywność to ogromna siła. Subtelna, ale wszechmocna. Dużo czasu zajęło mi nauczenie się i wzięcie odpowiedzialności za to, co kreuję w życiu. Bo całe nasze życie to tak naprawdę ciągła kreacja. Długo żyłam raczej reagując na wydarzenia w moim życiu, niż je świadomie wybierając i decydując  z głębi serca. Teraz już wiem, jak to robić. I chciałabym, by inni tez mogli sobie zdać sprawę z Siły Kreacji. Bo wszyscy tworzymy ten świat – mniej lub bardziej świadomie, ale tworzymy.

- W jaki sposób powstają Twoje obrazy, jak wygląda Twój proces tworzenia?

Cały proces tworzenia obrazu jest dość długi. Sam okres jego powstawania w mojej głowie jeszcze przed faktycznym malowaniem też często trwa lata lub miesiące, a biorąc pod uwagę jeszcze to, że farby olejne potrafią schnąć pół roku albo i cały rok to się robi szmat czasu. Czasem jednak zdarza się tak, że cały proces trwa tylko kilka dni. Niczego tak naprawdę nie da się tu przewidzieć. Aby poczuć przyszłego właściciela obrazu używam prostych narzędzi, takich jak fotografie, kolory czy muzyka, którą lubi dana osoba. Czasem koncepcja i inspiracja przychodzi na pierwszym spotkaniu z klientem, czasem dużo później. Gdy już jestem pewna, że wszystkie elementy wstępne współgrają ze sobą w mojej głowie, to szukam czasu na malowanie. Zazwyczaj trwa ono średnio 8 godzin. Lubię mieć na to cały jeden dzień. Słucham wtedy muzyki, którą klient mi wysyła i jestem otwarta i czujna na to, co się dzieje na płótnie, gdyż pomysł to jedno, ale samo wykonanie jest procesem, rodzajem eksperymentu. To rodzaj medytacji, takiego skupienia jednocześnie do wewnątrz, jak i na zewnątrz.

- W jaki sposób łączysz się z energią klienta, co wtedy czujesz?

Łączę się chyba właśnie poprzez muzykę. Czasem  jednak nie słucham  tej, którą mi klient wysyła tylko swojej własnej albo po prostu pracuję w ciszy. Różnie to bywa. Wierzę, że  wszyscy jesteśmy połączeni ze sobą, więc połączenie się z kimś w trakcie tworzenia obrazu  dzieje się niemalże naturalnie. Wystarczy szczera intencja. Co wtedy czuję? Hmm... Nie jest łatwo określić to słowami, ale chyba najbliższe słowo to poddanie się, zaufanie. Czuję wtedy wielką ufność. Czasem płaczę ze wzruszenia, czasem czuję złość  – wszystko jest zależne od tego, co w danej chwili maluję.

- W jaki sposób kreowanie obrazu wpływa na Ciebie, czy to Cię zmienia, rozwija?

Tak, i to bardzo. Jakości, z jakimi się spotykam na obrazach klienta oddziałują na mnie nie tylko podczas tworzenia obrazu, ale także podczas jego schnięcia. To tez kocham w farbach olejnych, ze obraz musi zostać u mnie mniej więcej 3 miesiące. Obraz porusza we mnie te obszary, "które akurat są do poruszenia". Zawsze jest to właściwe. Często dzieje się tak, że dodaję do obrazu jakość, która jest brakująca zarówno we mnie, jak i w życiu przyszłego właściciela obrazu. Może to być cierpliwość – wtedy farby schną dłużej niż zwykle. Tak to mniej więcej działa.

- W jaki sposób, ewoluujesz, rozwijasz się, i jak to się odbija w obrazach które tworzysz?

Dzięki mojej pracy i temu, co tworzę, potrafię z empatią i spokojem słuchać nawet najtragiczniejszych ludzkich historii. Kiedyś znacznie bardziej dotykało mnie to emocjonalnie. Wiem teraz, że wszystkie nasze doświadczenia życiowe mają swoja wartość, nawet te najtrudniejsze. Każdy wybór należy do nas – dzięki każdemu z nich możemy stać się piękniejsi, silniejsi,  Możemy też pozwolić sobie na słabość, na nieradzenie sobie i to też jest doświadczanie. Nie oceniam. Nie neguję doświadczeń nieprzyjemnych na korzyść przyjemnych. Z taką samą przyjemnością w swojej twórczości opowiadam o obu tych aspektach życia. Wszyscy się zmieniamy, życie jest sztuką, procesem, i to jest piękne. Interesujące jest na przykład namalowanie dwóch obrazów o tej samej tematyce dla tej samej osoby w dużym odstępie czasu. Można niemalże rzec, że na tych dwóch obrazach są dwie inne osoby. I tak w pewnym sensie jest. Na przestrzeni kilku lat potrafimy się bardzo zmienić.

- Twoja ostatnia wystawa to wystawa wyjątkowa, związana z jedną osobą, czy możesz nam opowiedzieć jak do tego doszło?

Zwykle jest tak, że maluję jeden obraz dla klienta i przygotowuję się do niego robiąc kilka zdjęć –  7 lub 8, nie więcej. Z Martą Łukaszewicz miało być podobnie, ale tak się jednak nie stało. Najpierw długo przymierzałyśmy się do sesji, a kiedy już wreszcie ten moment nastąpił, jej osobowość i kreatywność spowodowała, że zrobiłam chyba ze 100 zdjęć. Nie byłam pewna czy jest jakaś jedna dominująca koncepcja na obraz dla niej. Pierwszy raz w życiu miałam tremę przed namalowaniem obrazu. Nie za bardzo wiedziałam, dlaczego tak się dzieje, postanowiłam wiec namalować sobie wstępny obraz na rozgrzewkę – nie wystarczyło, wiec powstał  drugi "na rozgrzewkę". Rozmawiałyśmy sporo w czasie tego procesu malowania. Potem  powstał trzeci obraz i  jeszcze czwarty – wszystkie "na rozgrzewkę". Efekt końcowy to 7 obrazów o Marcie.

W tym samym czasie właścicielka Art Café poszukiwała obrazów do urządzenia wnętrza kawiarni i poprosiła mnie o pomoc. Kiedy znalazłam się na miejscu znałam już odpowiedź. To była przestrzeń dla obrazów "O Marcie". Ale jak w restauracji powiesić nagie, choć ubrane w kolor, ciała? Jednak Kama, menadżerka lokalu, była otwarta. Każdy  obraz wnosił coś innego do całości, każdy opowiadał  o innym aspekcie Marty. Nadal nie uważam, że temat wyczerpałam. Zdałam sobie sprawę,  że można malować niezliczoną ilość obrazów dla jednej osoby, gdyż każdy z nas ma wiele aspektow i każdy jest inny. Obie z Martą miałyśmy otwartość na to, co się dzieje.  Marta pożyczała te obrazy po kolei i wieszała w swoim domu. „Czytała  treść” – tak o tym mówiła. Tym sposobem powstał pomysł biblioteki obrazów. Mogę komuś wypożyczyć obraz do domu. Osoba pracuje sobie z obrazem tak długo, jak tego chce, a potem go oddaje. Tak właśnie robiła Marta. Razem z mężem robili sobie sesje z moimi obrazami. I potem opisywali mi wrażenia, jak po przeczytaniu książki.

Wspaniała jest siła odbioru Marty, a przeciez ogromna i cudowna jest siła jej kreacji. Spotkała nas z Martą niesamowita przygoda.  Zobaczymy, gdzie nas to też zaprowadzi, bo wystawa może wcale nie być zakończeniem tego procesu tylko jakimś przystankiem na drodze – dokąd? A kto to wie? Ja uwielbiam słuchać śpiewu i muzyki El Grey, czyli zespołu Marty i Krzysztofa. Tworzą niezwykły duet na scenie. Grali na mojej pierwszej wystawie w Dublinie trzy lata temu. Teraz zagrają na mojej piątej wystawie, a trzeciej w Dublinie. Mogę również zobaczyć jak muzyka i śpiew Marty ewoluuje. Śmiało mogę powiedzieć, że kocham zarówno jej początkowe utwory, jak i obecne. Mam wrażenie, że przez te trzy lata obie poszłyśmy w podobnym kierunku twórczości. Czyli bardziej "do wewnątrz" siebie.

- Jakie masz plany na przyszłość w karierze i w życiu?

Tak trochę przekornie odpowiem, że ich nie mam. I że chciałabym przez jakiś czas nacieszyć się takim kształtem mojego życia, jaki mam teraz. Gdy stajesz w momencie spełnienia i wiesz, że tak jak jest, tak jest cudownie, to nie chcesz nic zmieniać. Życie to jednak ciągła zmiana. Robię  średnio raz na rok wystawy, aby przybliżyć ludziom to, co tworzę,  i to czego mogą się spodziewać, jeśli wejdą w kontakt ze mną. Ciesze się również tym czasem, jaki mi pozostał w kontakcie z moimi dziećmi, które jeszcze nie wyszły z domu. Pasjonuje mnie podejmowanie się "wyzwań rodzinnych", gotowanie, czy nawet mycie naczyń. Jeśli powiem, że kocham ludzi i są dla mnie cudowni, to może zabrzmi banalnie, ale tak właśnie jest. Codziennie jestem zaskoczona, jaki potencjał drzemie w nas, w ludziach, i jak powoli budzimy się do pełniejszego życia. Jesteśmy  naprawdę bardziej świadomi nas samych i otaczającego nas świata niż 27 lat temu, kiedy zaczynałam malować obrazy. Jesteśmy bardziej świadomi na wielu poziomach – m.in. tego, co jemy i jak żyjemy. I oby ten proces przebiegał dla mnie i dla świata właśnie w tym kierunku.

 

-Dziękuję za wywiad!

Sylwia Bartosz

 

  • A już w sobotę 11-go lutego 2017r. w godz. 17-22 odbędzie się Wystawa Renaty Ledzińskiej w Art Café Dublin przy 1 Frenchman’s Lane, Dublin 1. Wystawa będzie zatytułowana „Seven Lives of One Self”. Więcej  szczegółów na stronie eventu na FB: https://www.facebook.com/events/154724928342331/. Zapraszamy!

Relacja z Warsztatów Teal Swan w Dublinie

Relacja z Warsztatów Teal Swan w Dublinie

Byłam na warsztacie Teal Swan  w Dublinie. Teal swoim zwyczajem zapraszała ludzi na scenę i pracowała z nimi. Jedną z nich była młoda kobieta, która cierpiała na syndrom chronicznego zmęczenia. Teal wyjaśniła jej, że osoby z tą przypadłością wierzą, że powinny właśnie w tym momencie być i robić coś innego niż robią. Ich umysł nigdy nie daje za wygraną, tak naprawdę nigdy nie odpoczywają i przez to są zmęczone. Kobieta na scenie, słuchała wyjaśniania ze spiętym ciałem, w zasadzie nie słuchała wcale, i tylko czekała aż Teal skończy i szybko spytała Teal co ona ma z tym robić. Teal mówiła - przestań, odpuść teraz, a dziewczyna - tak, dobrze ale co ja mam robić? To trwało chyba z czterdzieści minut, do uczestniczki warsztatu w żaden sposób nie mogło dotrzeć, że jest dobrze tam gdzie jest i kim jest ma nie robić nic. Odpuścić. Cała sala była zmęczona, ale czy naprawdę tak od niej się różnimy? Teal wytłumaczyła jej w pewnym momencie - twoja mama mówiła ci, że powinnaś być inna niż byłaś. To jest efekt tak zwanej warunkowej miłości, zawsze wydaje ci się, że musisz coś robić, a tak naprawdę nie musisz nic. Ciało to manifestuje. Jesteśmy sami dla siebie bezwzględnymi policjantami.

Początkowo uważałam, że nic się tego wieczora nie stało, ale potem sama praktykowałam "Teal Swan Completion Process" i odkryłam, że tak zwana warunkowa miłość jest odczuwana przeze mnie jak odrzucenie. Warunkowa miłość jest odrzuceniem.

Tak zwana warunkowa miłość do dziecka tak naprawdę jest postrzegana przez dziecko jako porzucenie. Poprzez warunkową miłość rozumiem, wszechobecny w naszym społeczeństwie system kar i nagród. Od dziecka powtarza nam się, "bądź grzeczną dziewczynką / chłopcem i przestań płakać", lub "jesteś już duża/-y, duże dziewczynki / chłopcy się tak nie zachowują", bądź dobrym dzieckiem i zjedz wszytko do końca, jak zjesz to dostaniesz deser. Takie komentarze są stosunkowo jeszcze niewinne,  gorsze są na przykład porównania, typu - „zobacz na Pawełka, Pawełek tak ładnie je, nie kręci się a ty nie potrafisz usiedzieć w jednym miejscu”, albo obarczanie dziecka odpowiedzialnością za swoje uczucia, typu "Przestań płakać, nie widzisz, że mamusia jest zmęczona, sprawiasz mamusi swoim płaczem wielką przykrość, przestań natychmiast!". W każdym takim komentarzu, który uważamy niestety za normę w rozmowach z dziećmi kryje się niebezpieczeństwo, dajemy naszemu dziecku podświadomy komunikat, że nie powinno czuć tego co czuje w danym momencie, krytykując dziecko zaczyna się ono czuć nie wystarczająco dobre i zaczyna wątpić w siebie. Stara się być inne by zadowolić rodziców. Dziecko jest porzucone, nie przez rodziców, bo rodzice są kompletnie nieświadomi tego co robią, i starają się najlepiej. Dziecko porzuca wtedy same siebie. To kim naprawdę jest. Zaczyna wierzyć, że jest bezwartościowe takie jakie jest, że musi zasłużyć na to by je kochano, że musi być inne. I to jest źródło pierwotnej traumy całego świata. Jest to pewien kod, nieświadomie powtarzany przez pokolenia. Moje pokolenie trzydziesto-paro-latków urodziło się na przykład w czasach kiedy panowało przekonanie, że noworodka należy karmić co trzy godziny i to jest właściwe. Tak zwana warunkowa miłość, zabija w nas instynkty, i zaczynamy wierzyć, że jacyś mądrzy ludzie wiedzą lepiej niż na przykład nasze kobiece ciała jak na przykład opiekować się noworodkiem. Wiele naszych matek słuchało panów behawiorystów i matki zwijając się z bólu jakie doświadcza ich ciało kiedy głodne niemowlę płacze, wytrzymywały dla dobra dziecka z miłości do dziecka. Inne były które ulegały i karmiły dzieci na żądanie musiały znosić krytykę i związane z tym poczucie winy. Teraz krytykuje się behawiorystów i śmieje się z nich, ale czy naprawdę jesteśmy inni? Nadal jesteśmy swoimi własnymi policjantami i z tej pozycji dyscyplinowanie dzieci wydaje się właściwe. Tylko człowiek, który sam porzucił wewnętrzne dziecko, może okazywać miłość w sposób warunkowy. Prawda jest taka, że rodzice zawsze kochają nas bezwarunkowo, tylko nie wiedza jak to przekazać, bo jak przekazać coś co zostało im odebrane. Więc co zrobić? Odpowiedz, pracować nad sobą, pracować nad swoim wewnętrznym dzieckiem i być bardziej świadomym człowiekiem, sprawia, że jesteśmy bardziej świadomymi rodzicami. Bycie miłym i dobrym dla siebie, też daje nam siłę. Donald Winiccott wprowadził termin „wystarczająco dobra matka”. Matka powinna być tylko wystarczająco dobra i ofiarować dziecku wystarczająco dużo bezwarunkowej miłości, by dziecko mogło znieść jej złość, smutek i zły humor. Pamiętajmy, że jesteśmy tylko ludźmi, jeśli nauczymy się szanować siebie za własne ułomności nasze dzieci nauczą się tego od nas.

Będąc policjantami własnych odczuć, zaczynamy wierzyć, że nasze emocje nie mają żadnej wartości, a tak naprawdę to one są naszymi przewodnikami do odrzuconego przed laty wewnętrznego dziecka. Patrząc na emocję z tamtej perspektywy i z nowej perspektywy możemy oddać tym odczuciom szacunek pozwolić emocjom płynąć. Najczęściej ukryte w podświadomości, kody ujawniają się, można je puścić i zmienić. Na tym polega Teal Swan "Completion Process". 

W praktyce to wygląda tak. Napisała do mnie koleżanka, zasmucona tym, że spotkała mężczyznę, który jej się podoba a nie jest nią zainteresowany. Jej ciało zareagowało na niego. Przyszła do domu, i płakała, że facet nadal jej się podoba i reaguje na niego, a przecież nie powinna, bo on nie jest zainteresowany nią. Można by tą sytuację szybko wytłumaczyć, płacze bo czuje się odrzucona. Jednak nie jest to świadomie widzenie sprawy. Problem naprawdę polega na tym, iż moja koleżanka nie daje sobie sama przyzwolenia, żeby poczuć to co czuje. Sama dla siebie jest policjantem, gdyż w jej głowie panuje przekonanie, że skoro nie ma reakcji ze strony mężczyzny ona nie powinna nic czuć. Uzależnia ona własne odczuwanie od tego jak rozumie sytuację zewnętrzną. Kiedy tak postępujemy zawsze cierpimy. Podświadomy komunikat jest taki, że to co czujemy jest niewłaściwe. To nie mężczyzna ją odrzuca, on tylko rezonuje z nią w inny sposób niż by ona chciała. Ona sama siebie odrzuca, on jest tylko lustrem jej odrzuconego wewnętrznego dziecka. Kiedy koleżanka pozwoliła sobie na odczuwanie tego co czuje bez samokrytyki, frustracja zniknęła. Odrzucenie boli, ale niepozwolenie sobie na przeżywanie tego co jest, jest cierpieniem. 

Teal Swan często odbierana jest jako przeciwniczka pozytywnego myślenia. Nic bardziej mylnego! Pozytywne skupienie jest konieczne. Nie da się jednak pójść do przodu, jeśli całkowicie i bezwarunkowo nie zaakceptuje się miejsca w którym się jest, tu i teraz. Jeśli tym miejscem jest ból, niech żyje ból, tylko przechodząc i uznając ten ból możemy udać się w drogę ku radości. Jeśli w momencie bólu nie zgadzamy się na niego i bezwarunkowo nie zaakceptujemy go, stworzymy tylko cierpienie. O tym właśnie mówi Teal Swan i ja z własnego doświadczenia wiedząc, podpisuję się pod tym oboma rękoma.

Sylwia Bartosz,

Inner Goddess Blog: https://innergoddess.live/ 

Wywiad z Beatą Ptaszek-Terapeutką Ustwień Hellingera

Rozmowa z Beatą Ptaszek, terapeutką Terapii Ustawień Systemowych metodą Berta Hellingera oraz zaproszenie na spotkanie z Beatą w Dublinie, które już w sobotę 17-go września 2016r. od godz.19:00. Więcej szczegółów na końcu artykułu. 

Beata jest gościem specjalnym pierwszego z serii spotkań, w którym rozmawiamy na tematy związane z żeńską stroną i żeńską energią.

Każdy z nas nosi w sobie pierwiastek żeński i męski. Na każdy problem można spojrzeć od strony logiki i rozumu albo czucia i intuicji. Oba pierwiastki męski i żeński uzupełniają się nawzajem. Przez ostatnie kilka tysięcy lat, pierwiastek żeński był ograniczony, teraz budzi się i odżywa. Jak grzyby po deszczu  mnożą się instytucje wspomagające kobiety. My kobiety zamieniamy się i dojrzewamy. Elisabeth Gilbert, autorka bestseleru "Jedz, módl się, kochaj", mówi że współczesne kobiety nie mają tak naprawdę wzorców do naśladowania. Czasy tak szybko się zmieniają. Jeśli męskość to ruch, nadawanie kierunku, to żeńskość jest tym, co wypełnia i wszystko trzyma. Każdy z nas ma w sobie oba pierwiastki. Mężczyzna dojrzewa poprzez kontakt z jego wewnętrzną kobietą, kobieta staje się prawdziwa poprzez swojego wewnętrznego mężczyznę. Boginie w mitologi zawsze nosiły w sobie archetypowe modele kobiecości, które tak naprawdę są w każdym z nas.

Na spotkaniach Inner Goddess rozmawiamy o różnych aspektach życia. Każde spotkanie ma osoby temat. Zawsze jest gość specjalny.

Tematem pierwszego jest rodzina, i nasze powiązania z przodkami. Żaden z nas nie jest odcięty od korzeni. Przodkowie to nie tylko DNA. Kontrowersyjny naukowiec Rupert Sheldrake pisze o polu, które wszystkich nas łączy. Pole to nazywa polem morfogenetycznym. Hipoteza bardzo krytykowana przez środowiska naukowe, zdaje się jednak potwierdzać w metodzie ustawień rodzinnych Berta Hellingera.

Rodzina i nasze korzenie to temat specjalny naszego spotkania, którego gościem jest Beata Ptaszek, dyplomowana terapeutka tej metody. Oto krótka rozmowa z nią, specjalnie dla portalu Irlandia.ie:  

- Kiedy pierwszy raz miałaś do czynienia z Ustawieniami Hellingera i jak się o nich dowiedziałaś?

- Z Ustawieniami Hellingera zetknęłam się po raz pierwszy w 2002 roku. Przeżywałam poważne problemy emocjonalne związanie z rodziną i ówczesnym partnerem. Czułam się zagubiona, zrozpaczona, nie wiedziałam w którą stronę pójść. Zaczęłam szukać pomocy i trafiłam do terapeutki, która między innymi zajmowała się tą metodą terapii. Zaprosiła mnie na sesje grupową. Miałam wahania, gdyż nie uczestniczyłam wcześniej w terapii grupowej, odważyłam się jednak i byłam pod wrażeniem tego co się ukazało.

- Jaki wielki wpływ miały ustawienia na Twoje życie?

- Po pierwszym zetknięciu się z tą metodą terapii, byłam pod wielkim wrażeniem tego co ukazują Ustawienia Systemowe. Niesamowity był dla mnie fakt, iż osoby które były tylko przedstawicielami członków mojej rodziny podczas terapii, którzy nie znali mnie ani mojej sytuacji potrafili ukazać moich bliskich i moje własne emocje z pełną dokładnością. Moje życie zmieniło się bardzo od tamtego momentu, zaczęłam bardziej przyglądać się sferze duchowej i rozwijać się na tych poziomach. Uczestniczyłam w wielu warsztatach i poznałam wiele terapii. Z wielu korzystam nadal, jednak Ustawienia najbardziej przypadły mi do gustu. Myślę, że każda droga do samego siebie jest dobra, człowiek  powinien w tej kwestii podążać za głosem serca. Moje relacje z rodzicami oraz bliskimi, partnerem a także relacje w pracy i mój stosunek do związków, finansów i ogólnie mojego życia zmienił się na bardziej pozytywny. Jestem bardziej spokojna, ufna, akceptuję więcej i umiem dotrzeć do swojego wnętrza. Moje życie staje się pełniejsze.

- Od kiedy zajmujesz się prowadzeniem Ustawień?

- Sześć lat temu zrobiłam pierwszy kurs i od tamtego czasu nieustannie się dokształcam w tym zakresie.

- Na czym polegają Ustawienia Rodzinne metodą Berta Hellingera?

- Ustawienia Rodzinne w swojej obecnej formie rozwijane były przez Berta Hellingera na przełomie ostatnich 20 lat. W Ustawieniach tych w celu dotarcia do rozwiązania problemu, konieczne jest włączenie zarówno rodziny klienta jak i systemu, z którym jest on związany.

Wszyscy członkowie rodziny połączeni są poprzez rząd pokoleniowy i są w stanie uwolnić się z narzuconych im przez rodzinę zadań.  

Ustawienia podkreślają istotę dawania i brania jako wyrównania potencjałów w ramach relacji i związków międzyludzkich. W metodzie Berta Hellingera pracuje się z pojedynczym klientem i jego wewnętrznym obrazem rodziny, takim jaki się on pokazuje poprzez postrzeganie ustawionych reprezentantów. Bert Hellinger rozszerzył zdecydowanie naszą wiedzę w tej materii i tworząc systemową terapię rodzinną w oparciu o konstelacje rodzin, dał nam nowy wymiar spojrzenia na przynależność człowieka w jego rodzinie.

Najważniejszą zasadą jest tu równe prawo wszystkich członków rodziny do przynależności do niej. To znaczy że każdy członek rodziny, niezależnie od tego kim był i jakich czynów się dopuścił, ma poniekąd równe prawo do miłości. Dotyczy to także poronień i aborcji. Zawsze bowiem wtedy, gdy komuś, kto należy do rodziny, odmawia się prawa do przynależności, ktoś inny z rodziny przejmuje w niej w myśl częściowej identyfikacji lub reprezentacji los lub istotne części losu wyłączonej osoby. Dramatyczne losy, które mogą mieć wpływ na więcej pokoleń, to ciężkie zbrodnie: np. ofiary i sprawcy morderstw, a także lekkomyślna strata ekonomicznych podstaw życiowych rodziny, min. gospodarstwa rolnego czy majątku, przez przodków. Wszystko to co przytrafiło się naszym przodkom żyje w nas i w jakiś sposób wpływa na nasze życie. Głęboko poruszającą realność tej pracy pojąć można tylko poprzez własny udział w ustawieniu, czy to w charakterze osoby stającej w roli reprezentanta, czy też przychodząc z osobistym problemem, który wymaga rozwiązania.

- Obecnie sama jesteś kwalifikowanym terapeutą tej metody, u kogo się uczyłaś?

- Jak wspomniałam, pierwszy kurs zrobiłam 6 lat temu u Grzegorza Halkiewa. W międzyczasie w  Polsce została utworzona filia Instytutu Hellingerowskiego. Gerhard Walper oraz Wolfgang Deusser wraz z Anna Choińską stworzyli Szkołę Ustawień Systemowych, której jestem obecnie uczestniczką.

- Dlaczego wybrałaś właśnie Ustawienia?

- Spotkałam się z Ustawieniami wiele lat temu i od tamtego czasu stosuję tę terapię w swoim życiu, dla siebie, oraz zaczęłam stosować dla innych, którzy wyrazili taką wolę. Wewnętrznie od zawsze wiedziałam, że nasze zachowania są determinowane nie tylko naszymi własnymi wyborami, że istnieją mechanizmy, które nas pchają do takich a nie innych wyborów. Te mechanizmy zakodowane są w naszej podświadomości i kierują nieświadomie naszymi wyborami, poprzez Ustawienia możemy zobaczyć skąd lub od kogo pochodzą. Możemy zmienić to co nieświadome tylko w jeden sposób, odkrywając skąd i od kogo pochodzi. I to właśnie podoba mi się w Ustawieniach, ta łatwość z jaką przychodzi uzdrowienie.

- Co masz do przekazania innym?

- Wierzę, że każde życie ludzkie bez wyjątku ma wielką wartość dla tego Świata. Każdy z nas coś cennego przynosi dla siebie i innych. Uczymy się od siebie nawzajem. Tym co robię, chcę zainspirować innych. Jeśli w jakikolwiek sposób moja praca przyczynia się do polepszenia życia innych, to chcę ją nadal wykonywać.

- Jaka jest twoja życiowa misja?

- Moja misja… nadal ją odkrywam. Moją misją jest moja droga życiowa, częściowo już odkryta częściowo nadal nieznana. Doświadczam, próbuję, odkrywam. Uczę się żyć tu i teraz, w pełnej akceptacji dla losu, który niosę ze sobą.

- Jak Ustawienia wpływają na życie innych?

- Po Ustawieniach wiele osób do mnie wraca, pisze lub dzwoni. Opowiadają co się zmieniło, jak spotkanie na nich wpłynęło. Mam wiele pozytywnych opowieści. Zawsze bardzo się cieszę jak ktoś wraca zadowolony by opowiedzieć o zmianach w swoim życiu.

- Jaki masz stosunek do swojej kobiecości?

- Czuję się w pełni kobietą, w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie zawsze jednak tak było, zmieniło się to pod wpływem wieloletniej pracy i warsztatów w których uczestniczyłam.

- Co możesz powiedzieć o żeńskiej energii w kontekście Ustawień?

- Bert Hellinger przez 16 lat pracował jako misjonarz w Afryce. To co tam odkrył wpłynęło na jego późniejszą pracę. W pełni zgadza się i głosi to, co wyznają rdzenne plemiona afrykańskie: ”Wszystko, czym jesteśmy i wszystko, co mamy, jesteśmy winni tylko raz naszemu ojcu, ale podwójnie naszej matce. Mężczyzna – tak mówi się u nas – jest roztargnionym siewcą, podczas gdy matka stanowi jakby boski warsztat, w którym Stwórca wprost, bez pośrednika pracuje, tworzy nowe życie i prowadzi je do dorosłości. Z tego powodu w Afryce matka jest szanowana prawie tak jak bóstwo”.

- Jak energia żeńska i męska przejawia się w Ustawieniach Rodzinnych?

- Energia żeńska i męska przenika się nieustannie. Jedna nie może istnieć bez drugiej. Kobieta ma w sobie aspekty męskie a mężczyzna żeńskie. Wszystko powinno pozostawać w równowadze. To wprowadzają Ustawienia w nasze życie, równowagę i harmonię. Każdy ma swoje miejsce w systemie rodziny: i kobieta i mężczyzna.

Rozmawiała: Sylwia Bartosz;

Fotografia: Michał Sendrak;

Makijaż i Stylizacja: Daria Janowska.

 

A już w najbliższą sobotę 17-go września 2016r. odbędą się w Dublinie warsztaty "Inner Goddess - Family & Motherhood", na których Beata zaprezentuje Ustawienia Rodzinne metodą Berta Hellingera: 

Sobota 17.09.2016, g.19:00-21:00, 

8 Cecilia Street, 3rd Floor Studio, 

Holistic Art Centre, Temple Bar, Dublin 2 

Wstęp: 10

Więcej info na stronie eventu na FB: https://www.facebook.com/events/1107151509331184/ 

Patron Medialny Irlandia.ie gorąco Wszystkich Zaprasza! :-) 

Uczucia, emocje, czucie

Uczucia, emocje i czucie. Czy jest jakaś różnica? Z mojego osobistego doświadczenia wiem, że jest zasadnicza. Emocje mają swoje miejsce w ciele, są związane z ciałem i mają potencjał pozytywny lub negatywny. Za pomocą emocji nasze ciało komunikuje się z umysłem. Tłumienie emocji więzi emocje w ciele, najpierw emocjonalnym potem fizycznym. W wielu książkach, np. Louise Hay, można przeczytać, iż stłumiona przez lata emocja powoduje chorobę. Współczesna nauka zaczyna przychylać się temu pomysłowi, można przytoczyć tu prace Bruce'a Lipton'a.

Niedostępność

Na pewno każdy z nas zauważył pewne zjawisko. Ona jest mało zainteresowana tym kto okazuje jej względy, a ten nieprzystępny tak zwany "bad boy" wzbudza jej pożądanie. Oczywiście w odwrotnej wersji płci też to działa. Dlaczego tak jest, iż często gardzimy tymi którzy ofiarują nam wszystko a uganiamy się za tymi którzy dają nam okruszki? Dlaczego niedostępność emocjonalna jest atrakcyjna? Czy jesteśmy masochistkami?

Jak być Singlem?

Jak być Singlem?

 

Z koleżanką, wybrałyśmy się do kina na film "How to be single". Film nie zawiódł moich oczekiwań i okazał się tym czego można się było spodziewać,luźną komedią.  Tematyka oczywiście krąży wokoło romansów i rożnego rodzaju perypetii bohaterów, ale końcowa puenta jest nieco inna niż w innych tego typu produkcjach. Każdy tego typu babski film od kiedy pamiętam, kończy się w jeden sposób: bohaterka zdobywa serce tego jedynego i żyją długo i szczęśliwie. W tej komedii jest trochę inaczej,nie chcę psuć efektu dla tych który nie widzieli. Powiem tylko , iż chodzi tutaj o odnalezienie samej siebie. Film zwraca uwagę na coś o czym ja ciągle piszę i ciągle podkreślam - nie da się zbudować zdrowej partnerskiej relacji, będąc w konflikcie z samą sobą.

Jedz, Módl się, Kochaj!

Jedz, Módl się, Kochaj!

Jednym z moich ulubionych filmów jest „Jedz, módl się, kochaj". Niedawno przeczytałam książkę Elisabeth Gilbert, na podstawie której nakręcono film. Napisana bardzo prostym językiem, chwyciła mnie za serce. Myślę, że wielkim atutem tej pozycji jest to, iż napisana jest na podstawie własnych doświadczeń autorki. Elisabeth Gilbert jest też niewiarygodnie szczera w opisie swoich emocji. Emocje i uczucia są czymś, o czym w dzisiejszym zabieganym  świecie bardzo często zapominamy.

50 TWARZY MIŁOŚCI!

50 TWARZY MIŁOŚCI!

Unikając uprzedzeń i z czystym sumieniem przeczytałam książkę, która mimo, iż nie jest  arcydziełem literatur, trafiła do tysięcy kobiet, mianowicie „50 Twarzy Grey’a”. Zastanawiałam się dlaczego książka ta stała się aż takim fenomenem popularności? Czy chodzi tylko o fantazje seksualne? Czy chodzi o chłód pana Grey’a, czy o jego zamiłowanie do pejczów i pasów, trafiające w ukryte seksualne marzenia wielu kobiet? Czy może jest w tym coś głębszego, i ukryte archetypy oraz potrzeba dotarcia do Wewnętrznej Bogini jest obecna także w tej niezbyt ambitnej książce?

Subskrybuj to źródło RSS