Menu
logo irlandia.ie

ZAPACH GŁODU

Zapach głodu

Od trzech tygodni jechali bydlęcym wagonem w nieznanym kierunku. Wszystkie myśli Anny skupiały się teraz na tym, jak uchronić jej córeczkę Marysię od przerażającego zimna, i jak zdobyć cokolwiek do jedzenia. Zapasy chleba, które zabrała ze sobą, skończyły się już po kilku dniach drogi. Mróz odbierał myślom wolność, skuwając je w bryłę monotematycznego lodu. Kiedy dziewczynka przestała płakać, otępiały z głodu umysł matki nie podpowiadał jej już, że to źle, że przecież dopóki dziecko płacze, to walczy o życie.

 

Wtedy przed drzwiami wagonu stanął pan Hieronim, wysoki, starszy mężczyzna i zaczął łomotać laską o żelazną zasuwę. Łomotał tak mocno, że nawet Marysia otworzyła pozlepiane ropą oczy. Kobieta opuściła na nią wzrok.

Mój Boże, jakie ona ma piękne oczy – pomyślała i przytuliła dziecko, próbując oddać córce choć odrobinę swojego zanikającego pod kocem ciepła.

Nagle hałas rozsuwanych drzwi oznajmił jakąś zmianę. Blask zalał wnętrze wagonu upakowanego szarymi, wynędzniałymi postaciami. Dopiero po chwili, gdy śnieg przestał razić w oczy, wychynęły z jasności jakieś postacie, poruszające się wokół obłoków pary wzniecanych oddechami. Potem obok nóg pana Hieronima stanęły dwa parujące wiadra. Zapach jedzenia zaczął kolejno wytrącać z odrętwienia ludzi leżących na piętrowych pryczach.

– Ludzie, zupa! – zawołał ktoś z niedowierzaniem. Poniżej poziomu, na którym znalazły swoje miejsca kobieta z dzieckiem, pojawiła się nagle głowa wuja Jana. Po raz pierwszy od tylu dni tułaczki był uśmiechnięty.

– Przyniosę wam – rzucił i zeskoczył na podłogę wagonu, by przebić się przez gęstniejący kordon głodnych ludzi.

– Nie pchać się! – napominał ktoś głośno. – Podzielimy dla wszystkich!

Myśli Anny skupiły się na tych dwóch pachnących jedzeniem wiadrach. W gardle jej zaschło, język stanął kołkiem. Nie mogła przełknąć zgęstniałej śliny, która oblepiła teraz jej usta od środka. Popatrzyła na Marysię. Chyba śpi. Ma zamknięte oczy i oddycha spokojnie.

– Tyle się udało – usłyszała głos, zanim zobaczyła wuja Jana trzymającego żelazny garnuszek obok jej głowy. Ostrożnie, aby nie zbudzić dziecka, podniosła się na łokcie i ujęła w dłonie parujący dar. Zbliżyła garnuszek do twarzy. Zapach gotowanych kartofli uderzył ją wspomnieniami rodzinnego domu, niedzielnych obiadów, radosnych spotkań. Do oczu cisnęły jej się łzy, ale zdusiła żal i odłożyła na chwilę nietknięty kubek. Delikatnie dotknęła policzka córki.

– Marysiu, kochanie – pogłaskała dziecko. – Mamy coś dobrego do jedzenia, obudź się.

Dziewczynka nie poruszyła się jednak ani wtedy, ani gdy zaniepokojona matka zaczęła rozcierać jej blade policzki. Po kilku minutach kobieta stwierdziła, że Marysia jest pewnie bardzo zmęczona i dała spokój. Wuj Jan zniknął na pryczy poniżej. Zupa w garnuszku zamarzła. Anna zaczęła płakać.

***

W wypełnionej stękaniem i jękami konających ciszy nieznanej równiny co jakiś czas dolatywał z zewnątrz suchy trzask pękających przy potężnym mrozie drzew. Pękały tak jak ludzkie serca. Kobieta przypomniała sobie wtedy to, co powiedział pan Hieronim w pierwszych dniach ich wywózki na wschód:

– Co to za różnica, czy zabiją nas teraz, czy później? – Te słowa utkwiły jej mocno w pamięci – stamtąd, dokąd jedziemy, nikt żywy nie wraca.

Całą noc śniły jej się koszmary, że ktoś wywleka ją z wagonu i goni po bezkresnych polach. Gdy obudziła się zziębnięta, odetchnęła z ulgą. Ciągle to jednak był ten sam wagon, choć nie wiadomo, czy to pociecha.

Rankiem pokryte szronem drzwi pozostawały na głucho zamknięte.

– Staliśmy całą noc – doleciał gdzieś z dołu cichy szept. Poniżej na lewo zaczęło płakać dziecko. Potem słychać było uspokajający głos matki, która próbowała je utulić.

Pan Hieronim stanął obok małego piecyka umieszczonego między piętrowymi pryczami i zaczął energicznie uderzać w żelazne okucia. Wynędzniałe ludzkie twarze zwróciły się z niemą nadzieją w tamtym kierunku. Po dłuższej chwili drzwi rozsunęły się trochę i przez tę szczelinę wtargnęły do środka słup pary i krótkie warknięcie:

Заткнись, польская сволочь![1]

Potem coś błysnęło i pan Hieronim zgiął się w pół. Trwał tak jeszcze kilka sekund, po czym z głuchym łoskotem runął obok piecyka. Podłoga wagonu wokół leżącego mężczyzny zaczerwieniła się, potem wszystko pokrył cień zamykanych z hukiem drzwi. Ktoś ruszył na ratunek wijącemu się starcowi, kobiety przytuliły mocniej swoje dzieci. Wagonem wstrząsnęło potężne uderzenie.

– Pewnie przymarzliśmy do szyn, strasznie zimno – próbował odwrócić uwagę wuj Jan, który z przerażeniem w oczach wyjrzał obok pryczy Anny. Mała Marysia nie poruszyła się nawet, gdy kolejny wstrząs rzucił wagonem. Mężczyzna spojrzał na dziecko, a potem na młodą kobietę. Delikatnie dotknął czoła dziewczynki.

– Ona śpi – oznajmiła Anna i pogłaskała Marysię po głowie.

Wuj Jan patrzył długo, potem pokiwał głową i schował się bez słowa. Trzask pękającego drewna doleciał z oddali, zanim kolejne uderzenie uruchomiło wreszcie przymarznięty do torów pociąg.

                                                                                                     Autor Andrzej Chodacki

 


[1]Stul pysk, polskie ścierwo!

Ostatnio zmienianypiątek, 19 sierpień 2016 06:20
Więcej w tej kategorii: « JAK DAWNIEJ SZPITALNE HIENY »
powrót na górę