Menu
logo irlandia.ie

“Babskie Fanaberie, czyli wygraj walkę o siebie” Ani Witowskiej.

Share

Babskie Fanaberie-okladka

Tam i z powrotem w poszukiwaniu siebie.

      Zatem mamy już w ręku drugą z kolei część przemyśleń i rad Ani Witowskiej, co robić, by żyło nam się trochę lepiej we współczesnym świecie, z otaczającymi nas ludźmi, ale także, a właściwie przede wszystkim, z samym sobą. O tym jednak nieco później, bo już na samym początku muszę stanowczo zaprotestować, jakoby książka ta była skierowana wyłącznie do kobiet. „Jesteś jedyną osobą, która może zmienić swoje życie - nie lekceważ tego! tkwią w Tobie siła i odwaga. Czas je obudzić!” Czytamy we wstępie. Czy rzeczywiście jest to rada wyłącznie dla kobiet? Jeśli tak, to może oznaczać, że, zdaniem autorki, mężczyźni już sobie doskonale dawno poradzili z mieliznami codziennego życia i żadne rady nie są im potrzebne, lub, o zgrozo, przeciwnie i nie ma już dla rodu męskiego ratunku, więc i nauki wszelkie zdają się być potrzebne facetom jak umarłemu kadzidło. Nie sądzę.

     Ania podkreśla, że obie części „Babskich fanaberii...” powstały na bazie jej osobistych doświadczeń. Pozwól Czytelniku również mnie na osobistą refleksję powstałą po lekturze tych książek. Pierwsza jest taka, że ten swoisty przewodnik po ścieżkach życia powinien powstać już w roku 1989. Zostaliśmy bowiem pozostawieni samym sobie. My, „ofiary” czasu transormacji ustrojowej. Ciężko sobie wyobrazić, jaki to był dla nas szok, kiedy przecież w roku 1988 szliśmy do szkół średnich, wybranych z kompletnie innej rzeczywistości od tej, w której te szkoły kończyliśmy. W 1993 roku to już była inna Polska, inny świat, w którym nie bardzo starczało dla nas miejsca. Miałem być kierownikiem z racji zdanej matury w jednym z licznych zakładów przemysłu drzewnego, a zostałem polonistą. Trzeba się było jakoś ratować i to zupełnie ad hoc. Bo, po pierwsze: by zostać kierownikiem w nowej rzeczywistości, trzeba było często mieć skończone studia, a po drugie, najważniejsze, nasze miejsca pracy, zakłady, fabryki i co tam kto sobie w latach osiemdziesiątych wymarzył jako swoją przyszłość, nowa, wolna Polska zmiotła z powierzchni ziemi. Popularna aktorka ogłosiła w telewizorze koniec komunizmu i dla bardzo wielu brzmiało to jak wyrok. Można było oczywiście nie robić nic ze swoim życiem i poprzestać na biadoleniu, jak to nas oszukano, jak historia z nas zakpiła i spędzić w takim duchu resztę życia „na ławeczce” niczym bohaterowie „Rancza”. Bo komunizm nie uczył samodzielnego myślenia, kreatywności. Nikt o afirmacjach nie słyszał. System prowadził ludzi za rękę, jak dzieci i także samo, te niesforne zdaniem systemu bił po tych rękach. Do tej pory bywa, że śni mi się jeden koszmar, a mianowicie, że wracam do swojego technikum, lecz mam świadomość, że system runie i po maturze zostanę z niczym. Że jeszcze raz, znów od nowa będę toczył wojnę z rzeczywistością o siebie samego.

„z całych sił

starasz się zatrzymać nieuniknione,

tracąc energię

na bolesne opieranie się

zamiast poddać się jej

i z nią popłynąć”. Czytamy w książce Ani.

   Nam nikt nie umiał dać takiej rady. Nie dlatego, że wszyscy pragnęli naszej zguby, po prostu nikt nie znał odpowiedzi na palące pytania, ani nie dysponowal wiarygodną wiedzą, jak teraz będzie. Nowe czasy były zagadką dla wszystkich. Umiano jedynie powiedzieć: „komunizm się skończył” i to wszystko, bo co nastąpi po nim, jak nam przyjdzie żyć, nikt przecież nie wiedział. Ta wiedza miała przyjść później.

„trzymamy się kurczowo

wierząc,

że jest sensem naszego życia

relacja,

osoba,

coś, co rani

i brutalnie rozmienia na drobne

          nasze szanse na szczęście”. Więc jedynym rozwiązaniem było zwolnić ten kurczowy uścisk. Skończyłem polonistykę i okazało się, że nowe wybory, te zupełnie nieoczekiwane, dają nowe perspektywy, otwierają drzwi, o istnieniu których wcześniej nie miałem nawet pojęcia. Niemniej ten trud należało podjąć, a często był on niewolny od błędów i porażek. „Jak błądzić skutecznie” pisze profesor Mikołejko, i o tym także jest książka Ani Witowskiej, bo błędy są wpisane w kondycję człowieka i każdy jakieś w życiu popełnia. Najgorszym kłamstwem i zbrodnią jest wmawianie ludziom, że można ich w życiu uniknąć. Bo wtedy, gdy się zdarzą, ludzie nie wiedzą, co z tym począć i zaczynają się ludzkie dramaty i tragedie: nałogi, porwane związki, depresje, samobójstwa. Bo przecież wmówiono nam, że da się tak pokierować życiem, by błędów uniknąć. Nieprawda, uczyć trzeba, jak z popełnionych błędów wyciągnąć lekcję dla siebie. By nie powielać ich po stokroć. Wtedy można odnaleźć szczęście. „Babskie fanaberie” są i o tym także.

   Zmierzając powoli ku końcowi tego wywodu, pozwólcie Państwo na jeszcze jedną refleksję związaną z lekturą. Książka ma ciekawą konstrukcję, której jednym z elementów są: „starcia”. To po prostu zestawy zadań do wykonania, jak w przypadku coachingu. Uderzyło mnie to, że są one opatrzone grafiką rękawic bokserskich. No i te podtytuły, przenoszące nas z pasma refleksji prosto do ringu. Nie wiem czemu, bo nie widzę tu wyraźnego związku, ale kiedy czytałem te fragmenty „pięściarskie” przypomniała mi się pewna baśn arabska, której tytułu już nie pamiętam. Szło w niej o to, że ojciec uczył swego syna odpowiedzialności i pracowitości, bez których to cech młodzian nie mógł stać się mężczyzną. Posłał zatem ojciec syna do pracy, by ten zarobił swoje pierwsze pieniądze. Syn jednak nie zamierzał jeszcze rozstawać się ze swoim chłopięco – beztroskim życiem i zamiast do pracy szedł bawić się z kolegami. Gdy wieczorem miał przynieść ojcu na dowód pracowicie spędzonego dnia zapłatę, jaką otrzymał, szedł do matki, by ta wyratowała go z opresji. Matka litując się nad synem wyciągała ze szkatuły oszczędności, by chłopak mógł pokazać pieniądze ojcu i w ten sposób ‘udowodnić’, że spędził dzień w pracy. Ojciec bez słowa odbierał od syna pieniądze i wrzucał je do basenu. Chłopak zaś zdziwiony czynem ojca odwracał się bez słowa i wracał do swoich zabaw. Po kilku takich dniach, matka oznajmiła chłopakowi, że oszczędności się skończyły i tym samym nie zdoła już dłużej kryć lenistwa syna przed ojcem. Wtedy pierwszy raz chłopak rzeczywiście poszedł do pracy. Wieczorem ten sam rytuał: syn oddaje pieniądze ojcu, ten zaś wrzuca je do basenu. Tym razem jednak chłopak wskakuje do wody i je wyławia. Wtedy ojciec odzywa się w te słowa: „Właśnie udowodniłeś, że te pieniądze zarobiłeś własną pracą. Wiem przecież, że wcześniej dostawałeś pieniądze od matki, a w pracy nawet się nie pojawiałeś. Teraz jestem z ciebie dumny”. Jakie to proste, prawda? Ale nikt za nas tego trudu nie podejmie, jeśli my sami, niczym ten niedojrzały chłopak, będziemy próbować przechytrzyć los, wymigać się od odpowiedzialności za własne życie. I o tym też możecie przeczytać w drugiej części „Babskich fanaberii...” Ani Witowskiej. Zatem gotujcie się do walki o własne szczeście z książką w ręku.

   Całośc czyta się dobrze, dzięki specyficznej konstrukcji. Tekst podany jest krótko i zwięźle. Przywodzi mi to na myśl, „Zapiski na pudełku zapałek” Umberto Eco lub „Lapidarium” Kapuścińskiego, ale nie ma potrzeby nadmiernie przywiązywać się do tej mojej impresji. To po prostu książka nowej generacji jest: pokolenia tabletów, iphonów czy innych smart-urządzeń. Można tę książkę czytać w domu i na spacerze, w podróży i w czasie lunchu. Linearnie i na wyrywki, jak kto woli oraz lubi. A między rozdziałami, ring i zadania do wykonania. Zachęcam do lektury. Nie tylko kobiety!

Przemek Kolasiński