Menu
logo irlandia.ie

Jak Łukasz Garlicki spieprzał przed publiką w Dublinie.

 6. Festiwal Filmu Polskiego, "Kinopolis", w Dublinie rozpoczął się na wesoło, choć na wieczorze otwarcia katowano widzów Hoffmanem.

W Dublinie w ostatni weekend odbywał się 6.Festiwal Filmu Polskiego, „Kinopolis”. Zabawa polega na tym, że pokazuje się na nim polskie filmy i zaprasza gwiazdy, żeby poględziły do osłupiałej z zachwytu publiczności. Zwykle orkanizatorzy pokazują kilka niezłych produkcji i przynajmniej jeden kompletny szajs. W tym roku w roli szajsu, za to w 3D, pokazano „Bitwę Warszawską 1920”, najnowszy wykwit narodowo – patriotycznego onanizmu Jerzego Hoffmana. W roli Gwiazd, Polonia w Dublinie ujrzała i posłuchała Tomka Bagińskiego i Łukasza Garlickiego. Tradycyjnie, bo drugi raz z rzędu, festiwal i Polonię w Irlandii olała Roma Gąsiorowska. I dobrze. Aktor Łukasz Garlicki, jedna z gwiazd festiwalu, obraził się i wyszedł ze spotkania z publicznością. Powodem była uwaga z sali na temat jego kiepskiego angielskiego. Oficjalnie oczywiście, bo w rzeczywistości Garlicki był tak naprany, że z trudem bełkotał nawet po polsku. Chłop nie wyrobił w końcu i salwował się ucieczką.


Ochlaj w Dublinie.

 

 

6. edycję Kinopolis rozpoczęła projekcja filmu „Bitwa Warszawska 1920” w reżyserii Jerzego Hoffmana. Nic nie zapowiadało radosnych występów. A tu Pan Bóg okazał się tak łaskawy, że w ramach zadość uczynienia za męki wywołane percepcją Hoffmanii, zesłał na swój lud w Dublinie pijackie ekscesy. Było ich trzech. Dwóch na widowni i jeden w roli gwiazdy. Choć wszystkim dano po równo szansę znieczulenia się przed filmem, bo przed projekcją był bankiet z tanim białym winem za darmo, to najlepiej wykorzystali tę okazję dwaj ziomkowie, którzy nawaleni przyszli już do kina. Siedli na widowni w niejakiej odległości od siebie i w trakcie projekcji głośno komentowali tańce i śpiewy Nataszy Urbańskiej, wzwody i pogonie z chucią po prośbie Bończaka oraz wojaczkę Szyca. Poddawali krytyce dialogi w wykonaniu typa, który grał Sikorskiego i tak, jak spora część publiczności, tyle że w głos, zastanawiali się, gdzie pomaszerował Domogorow z Kozakami? Nie wiem jak w Polsce, ale my mieliśmy napisy po angielsku, więc z grubsza kumaliśmy, co tam Bohun pieprzy po ukraińsku. Mimo to nikt nie wie skąd i dokąd szli Kozacy.

 

 

Może, jak ci Litwini, „z nocnej wracali wycieczki”? Można zaryzykować stwierdzenie, że dopiero przy komentarzach napranych Polaków, dzieło Hoffmana nabierało sensu i sceny zaczynały się układać w logiczną całość. Nie wszyscy na widowni podzielali niestety ten pogląd. Najgłośniej oponowały Pańcie, które wystroiły się do multikina jak Urbańska na rewię. Koniec końców, po filmie ochroniarze wyprowadzili dzielnego rodaka, który najpierw irlandzkiemu cieciowi wypalił, że takie jego (widza) prawo, żeby tu siedzieć i póki nikogo personalnie nie tyka i nie obraża, cieć może sobie co najwyzej postać przy nim. Irol przyjął do wiadomości tę wykładnię praw i swobód obywatelskich i rozpoczął honorową wartę przy Polaku. Na to nadszedł cieć – Polak. Nalany ryj i kaprawe oczka zdradzały jego pochodzenie aż nadto.

 

 

 

Ten wziął się ostro do roboty i przeciwnie do lepiej ucywilizowanego Irlandczyka, pokazał wesołemu Polakowi – widzowi, gdzie jego miejsce w hierarchii społecznej. Wywalili zatem chłopa na zbity pysk z sali kinowej ku uciesze rozindyczonych damulek. Wesoły pijaczek zdążył na koniec rzucić parę swoich przemysleń na temat ułomności systemu demokratycznego i tyle go widzieli. Najwyraźniej czyn ów ochroniarzy nie był miły Panu i Bóg w strasznym swym i zapalczywym gniewie zrzucił na zdewociałą publikę... nawalonego aktora. Aktor ów w dziele Hoffmana grał księdza Skorupkę, który jak ostatni debil pomaszerował uzbrojony w krucyfiks na wroga uzbrojonego w karabiny. Nie trzeba chyba dodawać, jak się taka konfrontacja musiała skończyć i kto szybciej poszedł do piachu. „Łukasz Garlicki rozpoczął spotkanie z widzami zdecydowanie rozkojarzony” – jak piszą dziś o tym dziennikarze.

 

 

Po ludzku mówiąc Garlicki bełkotał, głupkowato się uśmiechał i na wszystkie prawie pytania odpowiadał: „Ok”. Potem się nieco rozwinął i wyrzucił z głębi duszy, choć zupełnie nie w sukurs pytaniu, które dotyczyło jego wrażen po współpracy z wybitnym Hoffmanem: „Starałem się zagrać rolę księdza Ignacego Skorupki najlepiej jak potrafię, tak jak to robię w przypadku każdej innej roli. Głównie grali Borys Szyc i Natasza Urbańska, ja tam nie miałem nic do zagrania. Mogę jedynie podziękować operatorowi Sławo... Sławo... Iiiiiiiiiidziiiikowskiemu (Idziakowi?) zaaa to, że mnie świetnie sfotografował” – odpowiedział niesiony bezładnie przez ciąg samogłosek Garlicki. Na pytanie o to, jak grało mu się u Jerzego Hoffmana odpowiedział najwyraźniej wyrwany z niebytu: „Którym filmie? Tym? Jak to, jak się grało? Jeżeli w ciągu najbliższych pięćdziesięciu lat nie spadnie bomba atomowa, będziemy w każde Boże Narodzenie i Wielkanoc oglądali „Potop” i „Pana Wołodyjowskiego”. Co mogę więcej powiedzieć?” Na pytanie, co najbardziej pamięta z planu, Garlicki oznajmił, że: „Drinking and fucking girls”. Szalę przeważyło pytanie z sali zadane w języku angielskim, o kulisy pracy na planie filmu. Gość, osuwający sie coraz wyraźniej, próbował odpowiedzieć w tym samym języku. Wówczas jedna z osób na widowni poprosiła, by aktor przeszedł na polski. „Lepiej nie kaleczyć języka” – skomentowała głośno jedna z młodych - gniewnych kobiet. Na takie dictum, aktor wkurwił się nie na żarty. „To może ja wyjdę” – powiedział i sobie poszedł.


Co na kaca?

 

 

„Organizator nie może odpowiadać za zachowanie gości” - skomentowała zajście Klementyna Kasprzyk, dyrektor artystyczny imprezy- „Festiwal odbywa się już od sześciu lat i przez ten czas spotykałam się z twórcami o różnych osobowościach. Publiczność festiwalowa ma swoje oczekiwania, jak również nasi goście. I te oczekiwania, niestety czasami się rozmijają. Tym razem wyraźnie po jednej i po drugiej stonie pojawiły się kontrowersje. Cóż, dla nas to kolejne doświadczenie”. „Szkoda tylko pieniędzy wydanych na przyjazd aktora, który nie potrafi uszanować swojej publiczności” - komentowano w kuluarach.

Guzik prawda, bo naprawdę szkoda, że wyrzucono wstawionego widza, może wtedy stał on by się naturalnym medium między publiką a gwiazdą z Polszy. Poza tym w całym wieczorze patriotyczno – hoffmanowym najciekawszy okazał się właśnie benefis wielbiciela trunków wysokoprocentowych.

 

Za rok już kolejny, 7. Festiwal. Serdecznie zapraszamy.

 

 

Przemek Kolasiński

Ostatnio zmienianyczwartek, 10 listopad 2011 17:26
powrót na górę