Menu
logo irlandia.ie

Lekarz dusz i polskich gwiazd ekranu. Warsztaty z doktorem Woronowiczem.

                Kolejny już raz CKU w Dublinie odwiedził doktor Woronowicz. Tym razem przybył w towarzystwie psycholożki i psychoterapeutki, Grażyny Płachcińskiej. Warsztay cieszyły się ogromnym zainteresowaniem, o czym świadczyły tłumy zainteresowanych uczestniczące w spotkaniach.
015

Czy istnieje i jak wygląda „normalna rodzina”?

            Nie jest bowiem tak, że takie warsztaty i generalnie opieka fachowców od majstrowania w naszych umysłach i duszach kierowane są wyłącznie do alkoholików, narkomanów i innych uzależnionych. Nie chodzi także o to, by zebrać jakąś grupę ludzi i za pomocą zaklęć zawartych w mądrych terminach naukowych i slangu terapeutycznym najpierw udowodnić każdemu z osobna, że ma ze sobą problem i jest dysfunkcyjny, żeby później z zapałem zabrać się za jego leczenie. Nic z tych rzeczy i tu także odnaleźć należy ogromną wartość takich spotkań, by w przyszłości umieć odróżnić fachowca od szarlatana lub psycho – felczera. W wielkim uproszczeniu, tak zawana, „rodzina normalna”, to taka, gdzie każdy z jej członków dokładnie zna swoje role, jakie ma do spełnienia, ma głębokie poczucie bezpieczeństwa i może liczyć na wsparcie. Według tego klucza zatem można mieć trzeźwego jak niemowlę ojca – despotę, by ów porządek w rodzinie został zachwiany. Warsztatay takie, jak się zdaje, w telegraficznym skrócie, pozwalają odnaleźć drogę do osiągnięcia własnego szczęścia, harmonii z samym sobą. Dopiero później możemy uczyć się odnajdować lub budować zdrowe relacje z innymi ludźmi. Chodzi też o to, by umieć zerwać ze współuzależnieniem, czyli przestać być niewolnikiem emocjonalnym osób uzależnionych. Ciekawe doświadczenie. Można oczywiście o tym wszystkim, o czym mówił doktor na warsztatach przeczytać w uczonych książkach, jednak tam nie ma ciekawie obrazujących przykładów z prawdziwego życia, o czym mówiła pani Grażyna, idąc w sukurs słowom doktora Woronowicza. Nie sposób w jednym artykule omówić lub choćby zarysować pobieżnie wszystkich problemów poruszanych w trakcie warsztatów, dlatego skupimy się na najistotniejszych, jakoby fundamentalnych wątkach. Jak już było to wspomniane, ludzie przybierają pewne role społeczno – psychologiczne. W zdrowych relacjach, te role będą funkcyjne, w relacjach zachwianych, często będą przybierały formę obroną, czy w inny sposób dysfunkcyjną. Oto przykład: w zdrowych relacjach komunikacyjnych, na pytanie: „Kochanie, gdzie są klucze od samochodu”?, odpowiemy: „Na lodówce (lub gdziekolwiek indziej)” albo: „nie wiem”. W relacjach zachwianych na to samo pytanie, można usłyszeć, na przykład, taką odpowiedź: „Czy ja zawsze muszę po tobie sprzątać”? I awantura gotowa. Chodzi tu o to, że najpierw pytania odbieramy poprzez filtr własnych frustracji, złych nawyków, etc., a dopiero później, jeśli w ogóle, dociera do nas zwykła informacja płynąca z komunikatu, pytania, itd. To tak, jakby na pytanie przechodnia: „Przepraszam, gdzie jest dworzec kolejowy”?, odpowiedzieć: „Panie, a czy to moja wina, że jest pan Chińczykiem”?

Role do odegrania: „bohater rodziny”.

            To najczęściej najstarsze dziecko w rodzinie, które kontroluje wszystko, to, co dzieje się w tej rodzinie, bo, na przykład, matka lub ojciec nie ma już siły, gdyż nieustannie uwikłani są w walkę z nałogiem wspołmałżonka. Stąd takie dziecko – bohater przejmuje na siebie większość obowiązków w rodzinie. Zajmuje się innymi dziećmi, opiekuje się młodszym rodzeństwem, wspiera matkę a jednocześnie czuwa, by pijącemu ojcu nie stało się nic złego. Takie dziecko jest nad wiek rozwinięte, nadmiernie obowiązkowe. Takie dziecko nie ma praktycznie dzieciństwa. Co ważne, taka sytuacja nie musi dziać się wcale w rodzinie z problemem alkoholowym. To się może wydarzyć także w tak zwanej „normalnej rodzinie”. Dziecko – bohater jest dumą rodziny, zewnętrzną wizytówką. Takie osoby w dorosłym już życiu najczęściej zaniedbują własne potrzeby. Nie dbają o własny rozwój, lecz wypatrują nieustannie, kto z bliskich potrzebuje ich pomocy. Takie dziecko nie bardzo potrafi się bawić, bo żyje nieustannie w stanie czujności, niepokoju, że zaraz może się coś zdarzyć. Odczywają dolegliwości znamienne dla przewlekłego stresu. „Bohaterskie” dzieci w przyszłości wybierają zawody pielęgniarki, lekarza, psychologa i pokrewne, które pozwalają pomagać innym.

„Kozioł ofiarny”.

            To z kolei takie dziecko, które, nie mogąc konkurować z najstarszym bratem lub siostrą o pozycję dziecka „bohaterskiego” czuje się w pewnym sensie odsunięte czy odepchnięte. Nie znajdując wsparcia u siebie w domu, zaczyna go poszukiwać na zewnątrz poza domem. I okazuje się, że zaczynają się problemy, bo staje się ono, tak zwanym „trudnym dzieckiem”. Pojawiają się problemy w szkole, problemy wychowawcze. Takie dzieci niestety często popadają w konflikty z prawem. Poszukując oparcia gdzie indziej znajdują towarzystwo, które je wciąga w różne niebezpieczne i niepotrzebne sytuacje. Dziecko – „kozioł ofiarny” często jest agresywne, wybuchowe. Bardzo często te dzieci uzależniają się od alkoholu czy innych używek i substancji. Rolą takiego dziecka jest niejako odsuwanie uwagi społeczeństwa od uzależnionych rodziców i skupianie jej na sobie poprzez swoje zachowanie i występki. W pewnej formie dziecko broni swoję rodzinę przed tym, by ktoś z zewnątrz wnikał w nią i w to co się w niej dzieje. W przyszłości często będą to osoby niedostosowane do społeczeństwa, nieustannie z nim skłócone. Przy czym to wcale nie muszą być kryminaliści i przestępcy. Często są to, na przykład, prawnicy. Ludzie po prostu o cholerycznym usposobieniu.

„Aniołek” lub „dziecko niewidoczne”.

            To takie dziecko, które nie wytrzymuje, tego, co się dzieje w domu i ucieka w swój fikcyjny świat marzeń. Na dobrą sprawę, taka osoba niewiele wymaga od swojej rodziny i praktycznie nie korzysta ze wsparcia tej rodziny. Robi wszystko, by pozostać na uboczu i nie sprawiać kłopotu. Czasami może się wydawać, że to ktoś, komu jest obojętne, co się dzieje w jego domu. To oczywista nieprawda, bo taka postawa, to jedynie forma obrony, żeby nie dać się zwariować. Taka osoba ma problemy w nawiązywaniu kontaktu z innymi ludźmi, ma też problem w zawiązywaniu satysfakcjonujących związków emocjonalnych. Wszystkiego uczymy się w dzieciństwie i jeśli wtedy pokaże nam ktoś, jak dawać i brać, umiemy robić to także w życiu dorosłym. Jeżeli zaś od dziecka ktoś się izoluje, to skąd ma czerpać wzorce? Jak ma się nauczyć normalnych zachowań? Takim osobom ciężko wytrzymać z innymi, ale i innym ciężko wytrzymać z nimi. Często będą sięgać po środki psycho-aktywne lub zwyczajnie będą miały skłonność do objadania się. Przez innych osoby takie są postrzegane jako samotnik. Takie dzieci często wybierają drogę życiową umożliwiającą izolację, na przykład: zakon.

„Rodzinna maskotka”.

            Zwykle to dziecko najmłodsze i jego zadaniem jest, jak sama nazwa wskazuje, to, żeby rozładowywać napięcia, które ciągle powstają w rodzinie. Jest ono w centrum zainteresowania całej rodziny i po to, żeby przetrwać, to dziecko takie nieustannie dostarcza tematów, które sprawiają, że w domu robi się wesoło, by odciągnąć uwagę od spraw, które są bolesne i przykre. Mechanizm ten działa podobnie do tego, gdy oglądamy komedię, żeby się rozweselić i zapomnieć o jakiś smutnych wydarzeniach. Nie jest jednak prawdą, że takie dziecko jest do końca beztroskie, bo napięcia w domu sprawiają, że na swój sposób bardzo głęboko to przeżywa i czuje także niepokój. Ponieważ takie dziecko robi to dla innych, to później własną samoocenę zaczyna uzależniać od tego, w jaki sposób inni ją postrzegają. W jaki sposób inni je oceniają. Człowiek taki nieustannie zabiega, by ludzie go lubili, dobrze o nim mówili, itd. Takie dziecko, które w domu nauczyło się nieustannego zwracania na siebie uwagi to samo będzie robić w życiu dorosłym. Niestety ludzie tacy mają bardzo słabą odporność na stres. W życiu dorosłym to zwykle nieustanni dowcipnisie, ciągle błaznujący.

            Te role nie występują w stanie czystym, lecz składają się na poszczególne osobowości w różnych proporcjach. Ważne, by je w sobie dostrzec, nazwać i jeśli trzeba: „wyprostować”, tak, aby nie żyć według zasad: 1. Nie mów! 2. Nie ufaj! 3. Nie odczuwaj! Samemu nie da się tego zrobić, potrzebny jest przewodnik – fachowiec, tak zwany: „sponsor”. Samodzielnie procesu indywiduacji próbowali pomyślnie dokonać choćby C.G. Jung, F. Nietsche, czy A. Einstain, jednak pozostali niech się za dłubanie pod swoja czaszką sami lepiej nie biorą, bo nic z tego nie będzie albo będzie jeszcze gorzej.

            Nawet w trakcie terapii nie zapominajmy o zdrowym rozsądku, by nie wylać dziecka z kąpielą, jak to zrobił pewien pacjent, który, kiedy w terapii zwanej „12 kroków” w punkcie: „zadośćuczynienie” poszedł przeprosić męża pewnej pani, z którą kiedyś przytrafił mu się romantyczny incydent. Żadna terapia nie zwalnia od myślenia.

PK.

Ostatnio zmienianysobota, 16 kwiecień 2011 14:51
powrót na górę