Menu
logo irlandia.ie

Kobiety, które nienawidzą mężczyzn.

Przemoc wobec mężczyzn, to dla niektórych codzienność. Mężczyzna boi się odmówić kobiecie przyniesienia herbaty, żeby uniknąć kolejnego wybuchu, a kobieta – wydawałoby się spokojna i krucha – twierdzi, że nie takich sukinsynów zjadała na śniadanie. Takie układy damsko – męskie naprawdę istnieją. A to dopiero początek...

SÉBASTIEN CABOCHE

Dublin, Irlandia.

 

Kilka razy w tygodniu, kiedy kończyliśmy pracę w klubie nocnym niedaleko O'Connel Bridge, zostawaliśmy jeszcze na kilka piw, sącząc je powoli, ledwo żywi i płacąc za każde zwyczajowe 5 euro. W takich chwilach, byliśmy czymś w rodzaju rodziny. Mało zżytej – to prawda, ale naprawdę różnorodnej. Chociaż na chwilę potrafiliśmy razem usiąść i znaleźć czas na niezobowiązującą rozmowę. Irlandczycy, Brazylijczycy, Polacy, Hiszpanie, Francuzi. Siedzieliśmy tam wszyscy. Gdyby nie koszulki z nadrukiem nazwy klubu, można by pomyśleć, że jesteśmy klientami.

Tak.

Pewnej nocy, kiedy dowiedzieliśmy szokującej prawdy na temat sympatycznej Chinki o imieniu Yoko, siedzieliśmy tam w piątkę. Dwóch David'ów, Johnny, Francuz Sébastien i ja.

Kiedy Sébastien w końcu wydusił z siebie swoją historię, podniósł do góry rękę pokazując nam ogromne dziury pod rękawem swojej nowej kurtki.

Wtedy wszystko ułożyło się w całość. Jego wiecznie podbite oczy i zadrapania na twarzy. Te jego nieprzespane noce, o których cały czas opowiadał, a nawet wybity ząb.

- Jest Catherine, jest Isabela – mówił ostrożnie tamtego wieczora. Jego angielski był naprawdę kiepski, ale starał się. - I jest też Yoko.

Jeden z Davidów - rudy - parsknął śmiechem.

- Od 1979 roku dobiera się też dla huraganów męskie imiona. Fucking cheesy sexual equality – upił łyk ze swojej szklanki. - Seb, chodzi o to, że dajesz się pomiatać małej lasce? Little crazy chick!

- Zrobiła to nożem – odparł jeszcze raz podnosząc rękę do góry. - Odbiło jej. She went mad. Nawet nie wiem o co się pokłóciliśmy...

Milczeliśmy przez długą chwilę trawiąc jego słowa.

- Jak długo z nią mieszkasz? - włączyłem się w końcu do rozmowy.

- Rok – odpowiedział.

- Mieszkasz z nią rok i nie wiesz dlaczego pocięła twoją nową kurtkę na paski? Nie ściemniaj! Bollocks! – powiedział Johnny. Miał na przedramieniu wytatuowaną śmierć. Wyglądała idiotycznie, jak rysunek pięciolatka, i jak sam stwierdził już dawno powinien ją usunąć.

Sébastien wyraźnie się obruszył słysząc jego komentarz.

- Ona jest niebezpieczna. Wczoraj zniszczyła moje filmy z Clintem Eastwoodem. Po prostu biegała po mieszkaniu i rzucała płytami, a później deptała po nich... Cała moja kolekcja. Dirty Harry...

Kiedy usłyszeliśmy, jak z francuskim akcentem mówi “Dirty Harry” momentalnie wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.

- Co się stało? - zdziwił się.

- Gówno – odparł rudy David. - Mów dalej. Zaczyna mi się podobać...

- Nie ma się co podobać – prychnął Sébastien w odpowiedzi. - Boję się dzisiaj wracać do domu...

- Próbowałeś z nią porozmawiać? - zapytałem.

Sébastien westchnął ciężko.

- Ja jestem z Francji, a ona z Chin. My rozmawiamy tylko angielski. To trudna rzecz. Wyobraźcie sobie jak trudna.
Wyobraziłem sobie małą, drobną Yoko w okularach która biega po mieszkaniu z nożem i wrzeszczy coś po chińsku.

- Diłtiii Hałiii – powiedział nagle drugi David – brunet – i znowu wszyscy zaczęli się śmiać. Wszyscy oprócz Sébastiena.

Johnny poklepał Francuza po ramieniu.

- Po cholerę z nią mieszkasz? - zapytał. - Niszczy twoje rzeczy, biega z nożem, coś ciamka w języku, którego nie rozumiesz i leje cię po pysku, jakby była Jackie Chanem. Wyprowadź się...

- Kocham ją – odparł. - Jest moim sercem.

- Wyryjemy ci to na nagrobku. She was mental, but I indeed loved her – mruknął Rudy.

- Pamiętacie, jak wziąłem urlop żeby polecieć do Francji? - zapytał po chwili i pociągnął kilka razy nosem. - Yoko miała lecieć ze mną. Do domu. Poznać moją rodzinę.

- Mówiłeś, że było super – zauważyłem. - Pytałem cię ostatnio...

Nagle urwałem próbując skojarzyć fakty.

- Nie polecieliście? - zdziwiłem się. - Cholera... Naprawdę... Cóż...

Sébastien tylko smutno pokręcił głową.

- Na lotnisku jest ta... - zaczął po chwili. - Słowo?

- Odprawa – podpowiedział jeden z Davidów.

- Ok – kontynuował Francuz. - Mieliśmy z Yoko bagaże, ale ona się na mnie zdenerwowała. Zaczęła mnie bić po twarzy. Bić po rękach. Bić po ciele...

- Ściemniasz! You're bullshittin' us!

- Przybiegła ochrona... - urwał nagle. Zobaczyliśmy w jego oczach łzy. Nagle zabawna historyjka i powód do żartów zmienił się w coś kompletnie innego. Wystarczyło jedno załamanie głosu i jedna łza i nagle wszyscy poczuliśmy się dziwnie nieswojo. Upokorzony, 26 letni facet. - Yoko powiedziała ochronie, że się nad nią znęcam... Aresztowali mnie.

- Człowieku... Dlaczego się nie wyprowadzisz?

- Boję się – odpowiedział Sébastien. - Nie wiem co by mi zrobiła, gdybym jej powiedział, że się wyprowadzam.

Absolutną ciszę przerwał nagle rechot rudego Davida.

- To nie jej wina – powiedział nagle. - Poważnie! To twoja wina, dude!

- Nie rozumiem? - zdziwił się Francuz.

- Ty masz po prostu taki wyraz twarzy.

- Co? - uśmiechnąłem się, nie wiedząc do czego zmierza.

- Ja też czasami mam ochotę dać ci w ryj – powiedział Rudy. - Wybacz Seb. Dobrze wiesz, że to twoja wina!

- Że chcesz mu walnąć? To jego wina? - Johnny uniósł do góry brwi w wyrazie totalnego zaskoczenia.

- Przecież nie moja – odparł i upił kolejny łyk piwa. - Jestem cholernym pacyfistą.

Wszyscy mruknęliśmy słysząc jego słowa.

Wiedzieliśmy, że to prawda.

 

PAWEŁ M.

Legnica, Polska.

 

Paweł ściągnął ręką okulary i zobaczyłem jego podbite oczy. Wyglądał jak szop.

- Odbiło jej – wyjaśnił zachrypniętym głosem. Miewał gorsze dni, ale to jak wtedy wyglądał, sprawiło że poczułem dziwne ukłucie w żołądku. - Zniszczyła mi antresolę, bo nie chciałem jej przynieść herbaty.

Stałem przez kilka sekund przyglądając mu się w skupieniu.

- Że co? - wydukałem w końcu.

Staliśmy w kolejce po wpisy do indeksów. To co usłyszałem kompletnie zbiło mnie z tropu.

- Odwaliło jej! - syknął. - Którego z tych słów nie rozumiesz? - dodał z pretensją.

- Myślałem, że po ostatnim razie, kiedy rzucała w ciebie butami... Cóż... Myślałem, że to koniec.

- Nie... - mruknął. - Wróciliśmy do siebie.

- Znowu? Mieliście już nigdy... No przecież... - Sam do końca nie wiedziałem co chcę powiedzieć. - Myślałem, że już do siebie nie wrócicie...

- Taaa... Ale wróciliśmy, facet. Wróciliśmy, a ona na imprezie rozwaliła moją antresolę w ogródku. Wykopała wszystkie barierki, rozbiła szybę... Mój znajomy cały się pokaleczył...

Wskazałem na jego oczy.

- A to?

- Nic. Nie ważne – wyraźnie się obruszył zakładając znowu okulary.

Przez chwilę stałem z rozdziawionymi ustami nie wiedząc co powiedzieć, a później po prostu westchnąłem.

- Dobra. Nie moja sprawa – odparłem.

Milczeliśmy. Wystukiwałem na swoim indeksie chaotyczy rytm nieistniejącej piosenki, pozwalając żeby Paweł zebrał myśli.

- Pamiętasz, jak kopnęła mnie w plecy? - zapytał nagle zniżając głos do konspiracyjnego szeptu.

- Tak, pamiętam.

- Wtedy też rzuciła we mnie butem.

Wziąłem głęboki wdech.

- Wiesz... Mogło być gorzej. Mogła w ciebie rzucić łyżwą, stary. Wiesz... Łyżwą, albo czymś...

Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że próba obrócenia wszystkiego w żart legła w gruzach.

- Łyżwą?

- Tak.

- Łyżwą, facet!?

- Tak.

- Wal się!

Odwrócił się i odszedł zostawiając mnie samego.

 

JACK PIERCE

Dublin, Irlandia.

 

Znajomy gej powiedział mi tamtego dnia, że ożenił się z kobietą tylko dlatego, że była silna.

- Miała jaja – powtarzał Pierce. - Co prawda nie takie, jakie chciałbym u swojego partnera, rozumiesz? Ale miała jaja...

- Trudno mi sobie to wyobrazić – powiedziałem zgodnie z prawdą.

- Jak kokosy, Przem. Ogromne. Bałem się jej... Dlatego z nią byłem. Pomiatała mną, a ja potrzebowałem nad sobą kogoś silnego. Całe to poczucie normalności... Poszukiwanie siebie. Oszukiwałem się przez lata

- Ja się nigdy nie bałem, żadnej swojej byłej. Aktualnej też nie... - Powiedziałem zapalając nowego papierosa. - Jesteś kolejnym facetem, który ma... Jak to wyrazić... Problemy z kobietami... Nie rozumiem tego.

- Bo nigdy cię żadna nie uderzyła.

- A ciebie tak?

- Nie. Nigdy.

- To o co chodzi? Wyjaśnij mi – naciskałem. - Niech gej prawdę mi powie. O co chodzi z kobietami?

- Żarcik?

- Mały żart – strzepnąłem popiół na chodnik.

- Dobrze. Nie jestem specjalistą od bab, mimo tego, że oficjalnie rzecz biorąc mam żonę i dziecko, a ty nie.

- Ale?

- Ale wydaje mi się Przem... Cóż... Że tam po prostu gdzieś są kobiety, które nienawidzą mężczyzn.

- Gdzieś tam na pewno.

- Na przykład ta twoja znajoma Justyna – wskazał mnie palcem. - Ładna buzia, chore pomysły...

- Ona? Przecież ona uwielbia facetów – zaprotestowałem.

- To, że sypia z kim popadnie nie znaczy, że ich lubi.

- Nie oznacza też, że ich nie lubi. Gdyby nie lubiła to by nie wykorzystywała...

Jack pokręcił głową z rozbawieniem.

- Nie zrozumiesz tego – powiedział poważnym tonem. - Jesteś młody.
Trochę mnie tym rozdrażnił.

- Tutaj nic nie ma do rozumienia. Niektórzy faceci dają się pomiatać... I tyle. Proste równanie. To proste... Ludzie są różni... Ty lubisz facetów, ja kobiety... Tacy się urodziliśmy, prawda? Urodzili się też tacy, którzy trzęsą portkami przed swoimi kobietami... Albo tacy, którzy...

Nagle mój telefon, przełączony na wibracje zaczął drżeć w kieszeni spodni.

- Halo? - rzuciłem do słuchawki.

- Gdzie ty do diabła jesteś? - usłyszałem kobiecy głos.

- Właśnie skończyliśmy pracę, miśku – szepnąłem. Rzuciłem papierosa na ziemię I przydeptałem go nerwowo butem. - Palę papierosa z Jackiem i zaraz wracam do domu.

- Świetnie – odparła opryskliwie.

- Czemu jesteś na mnie zła?

- Nie jestem zła – odparła.

- Słyszę, że jesteś – zniżyłem głos jeszcze bardziej. - Kochanie zaraz...

Odłożyła słuchawkę, a ja przez ułamek sekundy gapiłem się w wyświetlacz telefonu.

- Kokosy – mruknął Pierce. - Poczytaj Stiega Larssona... Chyba polubiłbyś Lisbeth.

Ostatnio zmienianywtorek, 01 luty 2011 23:43
powrót na górę