Menu
logo irlandia.ie

Moje treny

Wszędzie słyszy się jak ludzie kartki i życzenia ślą swoim Babciom i Dziadkom w dniu ich święta. Ostatnią kartkę wysłałem rok temu tuż przed śmiercią mojej Babci, była piękna i ostatnia, już żadnej więcej nie wyślę.

Moje treny.

W komunistycznej Polsce koniecznością było pilnowanie, by ‘fachowiec’, którego usług potrzebowaliśmy, nie popsuł więcej, niż było pierwotnie do zreperowania. Kiedy bilans strat i napraw wychodził na zero, można było czuć się farciarzem. Stąd też przezornie większość Polaków specjalizowała się w byciu „złotą rączką” i ludzie naprawiali sobie wszystko sami. W Irlandii jest podobnie, lepiej znać się na robocie i unikać ‘fachowców’, którzy mogą coś rozmontować, ale już nie złożyć, bo stwierdzą, że to zajęcie byłoby zbyt absorbujące ich fachowość, więc znikają po angielsku, zostawiając cały bajzel zdumionym domownikom. W Irlandii taki podział pracy kwitnie w najlepsze, w Polsce już zdechł i nie żyje. I dobrze.

Wiele się w Polsce zmieniło. Kiedy jednak nadstawiam ucha, nikt już stamtąd mnie nie woła. To już taki sam kraj dla mnie, jak każdy inny, trochę znajomych twarzy, miejsc budzących wspomnienia. Wszędzie może być tak samo.

taksamo

Na granicy wiosny i lata ubiegłego roku pochowaliśmy babcię, Irenę Ciaś na cmentarzu komunalnym w Świeradowie Zdroju. W Świeradowie są dwa cmentarze, stary i nowy. Babcia leży na nowym, przy wschodniej bramie, niedaleko ogrodzenia, za którym jest już tylko las. Gdyby to nie był jej grób, tylko domek, widok miałaby naprawdę piękny. Na delikatnym wzgórzu, z którego widać panoramę miasteczka w dolinie, od wschodu las, od północy Góry Izerskie i znowu las. Babcia zawsze przykładała wielką uwagę do widoków i wyglądu. Na moim weselu przyćmiła wyglądem wszystkich. Wyglądała jak żywcem zdjęta z plakatu kinowego z lat 30-tych ubiegłego stulecia. Dama na prowincjonalnym weselu. Irena Ciaś, jak podpowiada nazwisko, pochodziła z krasów, gdzie Ukraińcy przemieszani byli z Polakami. W 1939 roku uciekała przed hitlerowcami, ale gdy z innymi uciekinierami dotarli do rzeki, za którą chcieli ich ‘powitać’ sowieci, większości udało się zawrócić w stronę Niemców, żeby im się oddać do niewoli. Ludzie mówili, że lepszy okupant cywilizowany niż z Azji. Babcia wojnę spędziła na robotach w głębi Niemiec. Po wojnie osiedliła się najpierw w Żarach w Lubuskiem, poźniej już na Dolnym Śląsku. Od tych robót u Niemca nauczyła się płynnie niemieckiego. Kiedy komuniści otworzyli „Most Przyjaźni” w Zgorzelcu, jeździliśmy do Goerlitz na zakupy. W NRD babcia czuła zawsze smród nazistów, kiedy na wystawach sklepowych widzieliśmy kartki z informacją: Nur Fur Deutsche (to te o łagodniejszej treści). Babcia ostentacyjnie wchodziła do tych zakazanych dla Polaków sklepów i płynną niemczyzną gnała nazi-komunistyczne sklepikary do roboty. Te były tak zdezorientowane, że nie protestowały i usługiwały damie z kresów Rzeczypospolitej.

W Świeradowie Babcia mogła mieszkać wszędzie, takie czasy, wszystko ,niczyje’, tylko brać. Irena Ciaś wybrała małe mieszkanie na poddaszu przy głównej ulicy spacerowej uzdrowiska Bad-Flinsberg, późniejszego Wieniec Zdrój, po dzisiejszy Świeradów Zdrój. Wszyscy tam byli przkonani, że Niemcy wrócą po swoje, więc nie ma sensu pchać się komuś z buciorami do domu. Inna kultura bycia. Babcia moja więc korzystała długi czas z mebli po-niemieckich w po-niemieckim domu. Do dziś nad drzwiami wisi obrazek jakiegoś świętego, którego nigdy nikt nie zdjął, żeby ów święty nieszczęścia jakiegoś z zemsty na dom nie zasłał. Podczas malowania mieszkania należało go jedynie przesuwać, nie zdejmować. Irena Ciaś mieszkanie malowała dwa razy do roku. Właściwie malował je jej zięć, Tadeusz. W wieku dwunastu lat pierwszy raz pozwolono mi pomalować część podłogi w pokoju farbą olejną koloru orzechowego. Irena Ciaś wykryła po moim malowaniu dwa włosy z pędzla wryte w nową farbę i kolejny raz mogłem pomalować podłogę w jej mieszkaniu, gdy już nie sprawiało mi to wcale frajdy. W wieku czternastu lat przejąłem schedę po ojcu i to ja nosiłem Babci węgiel i rąbałem drewno na drzazgi. Wiader zawsze było cztery i dwie węglarki. Drzazgi pod rozpałkę rąbało się do pudła. Po podstawówce wyjechałem do internatu, więc każdej soboty po powrocie do domu na weekend odprawiałem te same węglowo – drewniane rytualy. Wiadra i węglarki musiały być napełnione z czubem, inaczej węgla mogło nie starczyć na cały tydzień. Pełne pudło drewnianych drzazg starczało na dwa tygodnie. Więc co drugi tydzień tylko węgiel do noszenia, luzik. Moja Babcia odwdzięczała się zwykle pomocą finansową i posiłkiem. Wtedy myślałem, że życie jest właśnie takie proste a relacje międzyludzkie takie uczciwe i serdeczne. Ogłuszała mnie ta ‘nieznośna lekkość bytu’. Teraz już nic mnie nie ogłusza. W moich latach dziecięcych Babcia dorywczo szyła, więc spałem w pościeli made in Irena Ciaś i chodziłem w ciuchach przez nią szytych. Czasem jej brat, który przed wojną uciekł do Australii, przysyłał jakieś ‘wypasione’ jeansy.

Obiad u rodziców albo u babci, albo dwa, żeby nikomu nie robić przykrości. Raz do roku, na jesień Irena Ciaś wyprawiała swoje imieniny, na które zapraszała moich rodziców i dwie swoje przyjaciółki z mężami, panią Kadlecową i panią Semkowiczową. Obie były z kresów, Semkowiczowie nawet w PRL mieli służbę w domu. Gdy skończyłem siedemnaście lat, moja Babcia pierwszy raz pozwoliła mi zasiąść z nimi do stołu, poczęstowano mnie kieliszkiem nalewki wiśniowej, żebym mógł wznieść toast za jej zdrowie. Wszyscy bardzo ciepło mnie przyjęli przy stole, przy którym zasiadali od lat, a od tej chwili i ja mogłem. Nie wiem kto był bardziej dumny z tego faktu, ja czy Babcia? Na pewno oboje.

Po przekroczeniu siedemdziesiątki Irena Ciaś doznała wylewu krwi do mózgu w wyniku kaszlu napadowego wywołanego paleniem. Paraliż objął pół ciała i odebrał władzę mówienia. Po pół roku Babcia już mówiła i chodziła sama o lasce; od ręki rzuciła palenie. Zawzięła się, żeby wyzdrowieć i tyle. Inne pokolenie.

Przed śmiercią Ireny Ciaś nie widziałem rok. Umarła we śnie w ośrodku opieki, gdzie miało być jej lepiej. Wszystkie wnuki wyjechały z Polski, nie było komu już choćby węgla przynieść. Teraz mam wrażenie, że moja Babcia była jakoś magicznie sprzężona z tym swoim maleńkim mieszkaniem na poddaszu. Gdzie indziej nie potrafiła może walczyć z łażącą za nią kostuchą. Dała za wygraną, poddała mecz walkowerem, już jej nie zależało.

Ceremoniały nad grobem Ireny Ciaś odprawił stary prałat z parafii w Świeradowie Zdroju na moją wyraźną prośbę. Trumnę nieśli moi koledzy, z którymi kiedyś wypijałem wiele wódki, a wtedy poza „cześć” nic przez gardło nie chciało mi przejść. Przyjaciółki Babci albo nie żyją albo nie mogą już za bardzo wychodzić z domu, bo ich stan zdrowia na to nie pozwala, więc na pogrzebie było kilka osób.

Prałat mówi, że powinienem przyjeżdżać częściej, bo jest przecież moja mama, ale i ona jest już teraz jakaś inna. Wchodząc do domu ma się wrażenie bycia owadem, który wpadł do pustego słoja. Wszystko jest inne, a ja już nie przyniosę ani jednego wiadra węgla, nie usłyszę, jak moja Babcia z zapałem spiera się z postaciami z seriali, jak ich często łaje, choć przecież doskonale wie, że ta telewizja nie jest interaktywna.

Babcia teraz często mi się śni i wygląda na szczęśliwą, więc może jest, gdziekolwiek zaniosło jej duszę, na którą chyba było źle skrojone jej małe ziemskie ciało, bo Irena Ciaś tam w środku siebie była bardzo duża.

Pamięci mojej Babci.

Przemek

               

Ostatnio zmienianyczwartek, 20 styczeń 2011 15:56
powrót na górę