Menu
logo irlandia.ie

"Sprawy różne"

Nieprzewidywalne życie w Irlandii

"Jak zorientować się w obyczajach miejscowej ludności w katolickim kraju, gdzie największe i najznaczniejsze katedry są protestanckie, a narodowe dyscypliny sportu niepodobne są do niczego na świecie? Ciężka rada." Anglik po ojcu i Irlandczyk po matce w książce "Bar McCarthy'ego" znakomicie opisuje tę kompletną 'inność' jaka panuje w Irlandii, tę 'nieznośną lekkość bytu', niefrasobliwość i nieprzewidywalność. Jak natomiast w Irlandii czuje się emigrant z Europy Wschodniej, który przyjechał tu po pieniądze i nie umie już stąd wyjechać? Czy Irlandia faktycznie w jakiś magiczny sposób wchłania przybyszów?

Sprawy różne.

 

            Jak zorientować się w obyczajach miejscowej ludności w katolickim kraju, gdzie największe i najznaczniejsze katedry są protestanckie, a narodowe dyscypliny sportu niepodobne są do niczego na świecie? Ciężka rada.

Specyfika dyscyplin sportu w Irlandii to nie taki znowu głupi pomysł, bo dzięki temu, że tylko Irlandczycy (i może jeszcze trochę Australijczycy i Maorysi z Nowej Zelandii) grają w te gry, mogą być oni nieprzerwanie mistrzami świata w swoich dyscyplinach. Po co komu sport jak dajmy na to, piłka nożna, który uprawia cały świat, po to, żeby przegrać z Brazylią? Dopchać się do podium na Mundialu to ciężka harówka, a gracze z ligi GAA mogą spać spokojnie, bo żaden Brazylijczyk, Włoch czy inny Niemiec im nie zagraża. Wszyscy są tu zwycięzcami. W kraju, gdzie ichniejsze dyscypliny sportu traktuje się jak religię, tylko poważniej, jak to ujął pewien Irlandczyk. Wielokrotnie próbowałem oczywiście zgłębić tajniki irlandzkich sportów utknąłem w rozumowaniu przy zagadnieniu rzutu karnego, nawiasem mówiąc czemu w języku polskim jest to „rzut”, skoro de facto jest to „kopnięcie”, ale mniejsza o to. Żaden Irlandczyk nie był w stanie wytłumaczyć mi, za co dyktuje się karniaka w dyscyplinie sportu, gdzie właściwie wszystko jest dozwolone?

Służba zdrowia w Irlandii, to temat rzeka. Dziwna sprawa, jak się głębiej zastanowić. Parokrotnie byłem klientem dublińskich doktorów, pielęgniarek a ostatnio nawet terapeutek. Złamałem sobie najmniejszą kostkę w najmniejszym palcu prawej ręki. Pokazywałem bratu niezawodną metodologię rąbania drewna, skończyło się złamaniem części mojego drogiego mi ciała, nad istnieniem której do tej pory się nie zastanawiałem. A tu trach i durny klocek spadł mi na łapę. Nie to, żeby moja metodologia była zawodna, albo żebym był kiepskim mentorem drwalo - rębaczowym. Nic z tych rzeczy. Po prostu należy chlać po machaniu siekierą, a nie przed. Dobrze, że sobie łba nie odrąbałem. Po tak wesoło spędzonym czasie w Polsce powróciłem na łono macochy Irlandki i zażądałem, by ta mnie leczyła. Szło nawet sprawnie. Wsadzili mi palca w plastikową tutkę i tak kazały mnie doktory łazić po irlandzkiej ziemi. Nosiłem się z plastikiem dumnie, a ludziska współczuły. I nic by w tym dziwnego nie było, gdyby nie okazało się, że po zaordynowaniu ściągnięcia usztywnienia, przynależy mi rehabilitacja. Ale jaja! Jak wygląda rehabilitowanie małego palca u ręki? Postanowiłem sprawdzić i mam teraz najlepiej wymierzonego małego palca na świecie. Co dwa tygodnie badano z uwagą progres w funkcjonowaniu małej kostki u małego palca. Czy się podnosi, czy raczej opada? Pytano, jak to się ma do wykonywanego przeze mnie zawodu. Odetchnęliśmy wszyscy z ulgą, gdy wyszło na jaw, że nie jestem pianistą. Mała kostka w moim małym palcu mogłaby złamać mi karierę. Mógłbym nigdy nie zagrać już Chopina, do wykonywania którego muzyki w pełni sprawny mały palec jest absolutnie niezbędny. Nie mógłbym też, jak się zdaje, zostać zawodowym tenisistą i zagrać w US Open. Byłaby to niepowetowana strata dla tej dyscypliny sportu i jej wiernych kibiców, którzy wydają fortunę, żeby móc wyrzucić z siebie pełne emocji „Oooo”, kiedy tenisista nie trafi piłką w pole, w które powinien trafić. I pewnie mnie by się to zdarzyło, bo bym nie trafił z powodu źle zrehabilitowanego małego palca. Na szczęście nie gram w tenisa. Ustalono natomiast, że zawód dziennikarza z krzywym małym palcem można wykonywać bez problemu, czyli z palcem w dupie. Nie przerwano mimo to ściągania wymiarów z palca. Po czterech wizytach uznałem, że mam już dość tej groteski i nie stawiłem się na kolejne wyznaczone ze skrupulatnością wielką pomiary. Dwa dni później dostałem oficjalne pismo w tej sprawie. Grożą w nim, że jeśli w ciągu miesiąca nie dam znaku życia, to, o zgrozo, skreślą mnie z listy i terapii nie będzie. Zawstydzono mnie zaiste, bo jak można być tak nieodpowiedzialnym facetem, który nie dba o to, czy koniuszek palca uniósł się o kolejną dziesiętną część milimetra, czy może pozostaje w pozycji bez zmian? Co by się stało, jakiej terapii mógłbym oczekiwać, gdyby urwało mi nogę? Kto płaci za te fanaberie? Pan, pani, społeczeństwo, chciałoby się rzec.

Chciałem sobie na koniec pojeździć taksówką po Dublinie. Miałem zamiar dotrzeć do „Focus” Theatre, gdzie Polacy wystawiali sztukę „Zapach czekolady” niejakiego Paczochy. Właściwie to wybrałem się piechotą, po ówczesnym sprawdzeniu w Google mapie jak tam dojść, ale się zgubiłem. Zatrzymałem więc Taxi z dziarskim Irish taxi-driverem. Kto jak kto, ale taksiarz drogę będzie znał. No i heca, bo Irish driver się zgubił. Jak się okazało później jakieś pół kilometra przed celem. Po drodze zatrzymywał się pytał przechodniów o ten teatr, a ludzie mu objaśniali, zaś ten ciągle kluczył i się motał. Utwierdziłem gościa po wielokroć w przekonaniu, że to nie nazwa pubu, tylko prawdziwy teatr, Chryste, w ojczyźnie S. Becketta, takie cyrki! Po półgodzinnej przymusowej wycieczce w końcu się poddał. Próbowałem złapać następną drajwę, ale przezornie najpierw pytałem, czy drajwiarz wie, gdzie jest ten teatr, późnie, czy wie w ogóle, co to teatr, później się poddałem. W tym momencie jak na zawołanie pojawił się mój pierwszy przewoźnik i radośnie zaklaksonił na mnie, bo dowiedział się, gdzie teatr „Focus” ma siedzibę. Po godzinie zatem byłem na miejscu. Wracałem na piechotę, do domu szedłem piętnaście minut. Do tej pory nie wiem, czy facet nie wiedział, gdzie mnie wieść, czy celowo krążył po mieście, żeby licznik nabił więcej? Za fatalny kurs nie zapłaciłem mu, więc chyba naprawdę nie wiedział.

Wieczorem znów pójdę w miasto, więc pewnie spotka mnie coś wesołego. Wszystko to lepsze wszak niż lektura dziełka Magdaleny Orzeł. Czekam na część drugą, gdzie autorka wyjawi mi z jedyną w swoim rodzaju swoją wnikliwością, czemu Irlandki nawet zimą nie noszą rajstop?

Przemek

Ostatnio zmienianysobota, 08 styczeń 2011 22:37
powrót na górę